Praktycznie nie ma dnia, żeby nie było słychać o kolejnej wycince. W samej Warszawie przyjęło to już masowy charakter: ulica Stalowa, Aleja Na skarpie, skwer przed Urzędem Dzielnicy przy Nowogrodzkiej, działka naprzeciw szpitala Orłowskiego. Lista wydłuża się z każdym dniem, a pod topór idą setki drzew. Legalnie, bo drzew na prywatnej działce nie można wyciąć tylko wtedy, gdy wycinka ma związek z działalnością gospodarczą. Jeśli więc właściciel zadrzewionej działki będzie miał kaprys zamienić ją w betonowy plac, może to zrobić. Nie wolno mu tylko na tym placu prowadzić działalności gospodarczej. Nikt jednak nie zabroni mu swojej własności sprzedać, a nabywca ogołoconej z drzew działki będzie mógł ją zabudować i nawet odprzedać z powrotem pierwotnemu właścicielowi. Tego niestety ministerialna tęga głowa nie wzięła pod uwagę.
Nie wzięła też jeszcze jednego, istotniejszego: matka natura (lub jak kto woli: Stwórca) tak urządziła świat, że zwierzęta pobierają tlen i oddają dwutlenek węgla, a rośliny odwrotnie – pobierają dwutlenek węgla, uwalniając do atmosfery życiodajny tlen. Dostęp do czystego powietrza, podobnie jak do wody, jest fundamentalnym prawem człowieka. W Słowenii dostęp do wody jest nawet zapisany w konstytucji. Czy ktoś wyobraża sobie zalanie betonem źródła rzeki, bo ta akurat wypływa z prywatnej posesji? Absurd, prawda?
Nie wiem, czy minister ma rodzinę. Jakieś dzieci, wnuki? Najwyraźniej nie przeszkadza mu, że pozbawia je źródła życia. Nie przesadzam. Jedynymi producentami tlenu są rośliny, drzewa dostarczają nam go najwięcej. Bez drzew człowiek nie przeżyje, a tych, dzięki wadliwej ustawie jest z dnia na dzień coraz mniej. Tlen jest bardzo demokratyczny, nie dzieli się na prawilny i lewacki. Wszyscy oddychają tym samym, a gdy go zabraknie, dusić się zaczną wszyscy jednakowo. Minister środowiska też.
